Kościół Pokoju w Świdnicy – gliniany cud architektury
22 grudnia, 2020Co Szymborska ma wspólnego z Kórnikiem i gdzie rosną gruszki na wierzbie?
19 stycznia, 2021
Najpiękniejsza w robieniu zdjęć o poranku jest niepewność. Wstaję dużo wcześniej niż słońce. Wsiadam do samochodu i jadę. Zazwyczaj mam już zaplanowaną miejscówkę, choć zdarza się, że plany ulegają zmianie. Przyjeżdżam na miejsce i czekam. Czasami już godzinę wcześniej rozpoczyna się spektakl na niebie. Zdarza się, że muszę oczekiwać, aż mgły się rozstąpią. Bywa, że wracam do domu z niczym, gdyż gęste chmury szczelnie otuliły ziemię.
Popowo – poranek pierwszy.
Zwykle pierwszy raz jest niezapomniany. I tak stało się w przypadku wyjazdu do Popowa. Mgła snuła się nad Bugiem, a chmury zawieszone nad horyzontem skrywały słońce. Jednak zwyciężyło to ostatnie.
Drugi raz pojechałam do Popowa po upłynie miesiąca. Jeszcze będąc pod horyzontem słońce podświetlało chmury w odcieniach fioletu i czerwieni. Nad wodą wisiała mgła ciemna i zaborcza jak dym. Chmury rozrastały się, gęstniały i tylko na moment wpuściły złociste promienie, aby za chwilę wszystko szczelnie odizolować.
Trzeci raz wybrałam się w te okolice późną jesienią. Liście z drzew opadły, na rzece pojawił się pierwszy lód. Czekałam długo, ponad godzinę i nic. Gęste chmurzyska przetaczały się nad rzeką a lodowaty wiatr przewiewał zimową kurtkę. Już wsiadłam do samochodu, aby wracać do domu, gdy nagle, tuż nad horyzontem pojawiła się złota kula. W ciągu kilku minut chmury zniknęły a słoneczko zaczęło rozgrzewać zmarzłą ziemię i mnie przy okazji też.
Pozostałe galerie z zachodami słońca:
Popowo, wrzesień-grudzień 2020
Tekst i zdjęcia Ewa Siwiecka