Arequipa – kanion Colca – 230 km. Peru – dzień 4.

Tego dnia obawiałam się najbardziej. Wjazd na prawie 5000 m n.p.m. Wszyscy straszyli chorobą wysokościową i jej przykrymi konsekwencjami: bóle i zawroty głowy, nudności, torsje, trudności w oddychaniu, aż do utraty przytomności włącznie. No dobrze, my nie uprawiamy trekkingu, tylko wozimy cztery litery w samochodzie, ale… Kierowca musi być maksymalnie skoncentrowany i bezpiecznie nas dowieźć na miejsce. Samochody do spalania paliwa potrzebują tlenu, a nasze najtańsze  samochody z wypożyczalni miały malutkie silniczki. A co będzie jeśli… Już w mojej głowie pojawiały się najstraszniejsze scenariusze.

Na szczęście, to co pojawiło się w mojej wyobraźni, nie znalazło odzwierciedlenia w rzeczywistości. Droga pięła się szybko w górę, aby zaprowadzić nas na przepiękny, malowniczy płaskowyż. Uboga roślinność łąk obramowana była kolorowymi, bezdrzewnymi górami. Andy są bardzo młodymi górami, ciągle żywymi a wybuchy wulkanów nie należą do rzadkości. Jedne stożki wulkaniczne były wyraźnie widoczne, inne zlewały się z pobliskimi szczytami. Chmury nadawały im groźny wygląd, lecz gdy słonku udało się przebić przez mglistą zasłonę, wszystko robiło się radośniejsze.

Bez żadnego ostrzeżenia, bez stromych podjazdów, droga dochodzi do wysokości… No właśnie, jakiej? Już przyzwyczaiłam się, że w Peru nic nie jest jednoznaczne. Źródła podają różne wysokości Przełęczy Wiatrów (Patapampa): 4889 m n.p.m. lub 4900 lub 4910. Ile by nie było – WYSOKO.

Wysiedliśmy z samochodu i nic.  Żadnych dolegliwości. Jednak po kilku krokach a zwłaszcza, gdy próbowaliśmy podbiec, poczuliśmy różnicę. Serce biło szybko, próbując dostarczyć do organizmu brakujący tlen. Oddychało się ciężej, z oporem. Było bardzo zimno, więc szybko wsiedliśmy do samochodów. Silniki także odczuwały brak tlenu, zrobiły się powolne i ospałe, ale koła kręciły się raźno. W drogę!

Lamy, alpaki, wikunie i gwanako.

Jeszcze zanim dotarliśmy do Przełęczy Wiatrów, mieliśmy okazję do sprawdzenia naszej znajomości peruwiańskiej zoologi. Lamy znaliśmy z zoo, więc ich rozpoznanie nie nastręczało problemów. Alpaki są coraz popularniejsze w Polce i je także udało się zidentyfikować. To dwa gatunki peruwiańskich wielbłądowatych, które zostały udomowione. Lamy są większe i mają szczuplejsze pyszczki z ostro zakończonymi uszami. Alpaki bardziej przypominają owce.

Ale pierwsze zwierzęta, które zobaczyliśmy na równinie nie były ani lamami, ani alpakami, Mniejsze, podobne do małych antylop. To wikunie zwane też wigoniami, które żyją w stanie dzikim. Ich wełna jest najdroższą wełną na świecie.

W Peru żyje jeszcze jeden gatunek wielbłądowatych – gwanako. Są to zwierzęta nieudomowione i są tak podobne do lamy, że jeśli nawet je widzieliśmy, nie byliśmy w stanie rozróżnić.

Droga wiodła przez  Reserva Nacional Salinas y Aguada Blanca, który został utworzony głównie z myślą o ochronie wielbłądowatych. Zwierzęta były tak wdzięcznym obiektem do fotografowania, że w czasie drogi zatrzymywaliśmy się kilkukrotnie aby podziwiać je i uwieczniać na zdjęciach. Nie tylko my. Na poboczu stały inne pojazdy, głównie autokary, z których wysypywali się turyści, uzbrojeni w komórki i aparaty fotograficzne.

Kanion Colca.

Wreszcie naszym oczom ukazała się wielka rozpadlina – kanion Colca. W dole, dużo niżej, bo ponad 1200 metrów leżała miejscowość Chivay. Zjazd do Chivay to długa serpentyna z niezliczoną ilością zakrętów.

Tuż przed wjazdem do miejscowości znajdują się kasy. Wjeżdżając na teren kanionu należy zapatrzyć się w bilet, który kosztuje 70 soli.

Kanion Colca jest najgłębszym wąwozem na świecie. Próbował go pobić inny peruwiański kanion, ale ostatnie pomiary tego nie potwierdziły. Choć już wiecie, że w Peru wszystko ma kilka wersji i niczego nie można być pewnym 🙂 Znaczny wkład w odkrycie tego miejsca dla świata mieli Polacy, którzy w 1981 roku jako pierwsi spłynęli kajakami wijącą się w dole rzeką Colca. Oni to nadali nazwy, zatwierdzone przez Instytut Geograficzny w Peru np. Kanion Polaków, Kanion Czekoladowy czy Wodospady Jana Pawła II.

Z tym wyczynem wiąże się smutna historia. Otóż, gdy w Polsce wybuchł stan wojenny, uczestnicy wyprawy przebywali poza krajem. W Limie ogłosili powstanie komitetu poparcia dla „Solidarności” i tym samym zamknęli sobie możliwość powrotu do ojczyzny. Ówczesne władze blokowały informację o wyprawie Polaków i odkryciach, jakich dokonali.

Po wjeździe do kanionu, pierwszą rzeczą rzucającą się w oczy są inkaskie, a może nawet prainkaskie tarasy, które do dnia dzisiejszego są uprawiane. Wąwóz, który jak już wiecie, został całkiem niedawno odkryty dla świata, posiada wiele, nie do końca zbadanych tajemnic. Na zboczach mieszczą się ruiny umocnień, niewielkie spichlerze na zboże, zwane colca oraz jaskinie, służące za grobowce. Legenda indiańska głosi, że w kanionie ukryty jest inkaski skarb. Zresztą w języku aymara „colca” oznacza pieniądze, więc musi być coś na rzeczy.

Kanion Colca – Mirador Cruz del Cóndor.

Mirador Cruz del Cóndor to miejsce widokowe, gdzie przyjeżdżają wszyscy turyści w jednym celu: ZOBACZYĆ KONDORY. Dlaczego właśnie tu? Czy dlatego, że zbudowano tu parking i tarasy widokowe? Czy zagospodarowanie tego miejsca spowodowane było tym, że tu najczęściej można zobaczyć kondory? Nie wiem. Myślałam, że niemożliwe jest, aby ptaki latały właśnie w tym miejscu, a w innych nie.

Czytałam również, że najlepiej obserwować ptaki rano. Wtedy to, na miejsce dociera tłum wycieczek i trudno jest znaleźć dobre miejsce do obserwacji. My przyjechaliśmy na wieczór. Gęsta warstwa chmur spowodowała, że było mroczno i tajemniczo. Byliśmy prawie sami. Tym większe było nasze zdziwienie, gdy po wyjściu z samochodów okazało się, że SĄ. Olbrzymie ptaszyska szybowały nad rozpadliną w ziemi. Pierwszy, drugi i kolejne zataczały kręgi i chowały się za skały. Z zadartymi głowami, próbowaliśmy złapać kondory obiektywem aparatu.

Do tej pory zastanawiam się, dlaczego kondory wybrały sobie właśnie te miejsce. Może są dokarmiane? To tylko moja, szalona teoria.

Kondor jest bardzo ważnym symbolem indiańskim. Oznacza odrodzenie po śmierci oraz świat duchów. Można go znaleźć zarówno w wierzeniach Inków, jak i innych ludów mieszkających na terenie Peru. Często pojawia się na makatkach, sprzedawanych na targach.

Z trudem oderwaliśmy oczy od kondorów i rozejrzeliśmy się dookoła. Było pięknie, mroczno i zagadkowo. Szeroka dolina zrobiła się bardzo wąska. Strome zbocza porośnięte były skąpą roślinnością. Kwitły kaktusy. W centralnym miejscu górował krzyż, od którego wziął nazwę ten punkt widokowy.

Plan był, aby jechać dalej do miejscowości Cabanaconde, w której mieliśmy nocować. Okazało się jednak, że na skutek błędu na mapie booking, zarezerwowany wcześniej hotel znajduje się w Chivay. Musieliśmy zawrócić, aby dotrzeć przed zmrokiem.

Po drodze mijaliśmy ubrane w tradycyjne stroje kobiety. Zajęte swoimi sprawami, podejrzliwie patrzyły na gringos.

Chivay.

Położone na wysokości 3 635 m n.p.m. miasteczko Chivay jest częstą bazą wypadową do Kanionu Colca. Znajdują się tu hotele, a w jednym z nich mieliśmy spędzić noc.

Jest wysoko. 3 635 m. n.p.m. to nie bagatela, a kilka godzin temu byliśmy na 4910 m n.p.m. Gdy opadły emocje dzisiejszego dnia, czujemy jak bardzo jesteśmy zmęczeni. Wszystkich boli głowa, ale poza tym czują się dobrze. Może to dzięki liściom koki, które żuliśmy przez cały dzień. Wyjątek dotyczy mnie. Strach przed chorobą wysokościową sprawił, że jeszcze w Polsce zaopatrzyłam się w Diuramid. Okazało się, że lek ma silne działanie moczopędne i jestem bardzo odwodniona. Od razu kładę się do łóżka. Sen ma na mnie zbawienny wpływ, bo rano budzę się wypoczęta i pełna energii. Diuramid wędruje do kosza. Kolejne dni nie przynoszą nam żadnych problemów, związanych z dużą wysokością.

Rankiem, jeszcze przed śniadaniem idziemy na krótki spacer. W centrum miejscowości jest duży bazar, gdzie Indianie handlują owocami, warzywami i innymi produktami spożywczymi. Można tu znaleźć piękne, ręcznie robione z wełny alpaki swetry, czapki lub skarpety. Ceny bardzo przystępne, czapka kosztuje 10 soli, skarpety 15. Są stoiska, na których Peruwianki przygotowują jedzenie: bulgoce gęsta zupa, smażą się podroby. Jedzenie dla całej rzeszy głodnych handlarzy, którzy z apetytem pałaszują swoje śniadanie.

Na rynku podziwiamy figurę Chrystusa, wyrzeźbioną w ciągle rosnącym drzewie. Wracamy do hotelu na szybkie śniadanie i w drogę. Nie mamy czasu, aby powylegiwać się gorących źródłach, które znajdują się w pobliżu miasteczka.

Żegnamy wąwóz Colca i ruszamy w kierunku jeziora Titicaca.

[mappress mapid=”63″]

Pozostałe wpisy o Peru:

Tajemnicze linie Nazca. Peru – dzień 1.

Mumie szczerzą zęby na cmentarzysku Chauchilla. Peru – dzień 2.

Południowe wybrzeże Peru. Dzień 2.

Arequipa – białe miasto u stóp wulkanów. Peru – dzień 3.

 

Peru, wrzesień 2019

Tekst: Ewa Siwiecka

Zdjęcia: Ewa i Krzysztof Siwieccy