Dzień 2.  Nazca- Camana – 420 km.

Ci co czytali poprzedni wpis, wiedzą, że na horyzoncie pojawiła się dziwna chmura, a droga wiodła nas prosto w tę niezwykłość. Wrażenie było niesamowite, zostawialiśmy za sobą słońce i błękitne niebo a wjeżdżaliśmy w nicość. Pamiętacie film Never Ending Story? Tam nicość pożerała świat.

My wjechaliśmy w środek burzy piaskowej. Silny wiatr porywał ziarenka piasku i uderzał mini w nasze samochody.Tumany piasku przesypywały się nad nitką asfaltu.  Widoczność drastycznie zmalała. Nic to, parliśmy dzielnie na południe a Camana była naszym celem.

Po kilkudziesięciu kilometrach wiatr nieco się uspokoił, piasek opadł, ale niebo pozostało zasnute grubą warstwą chmur. Dojechaliśmy nad morze. Pustynia bez żadnego ostrzeżenia stała się plażą i jedynie ciemnoniebieska woda wyraźnie odcinała się od reszty.

Południowe wybrzeże Peru.

Droga wiła się serpentynami nad wysokim klifem. W dole migały nam urokliwe zatoczki, w których nierzadko cumowały kolorowe łodzie miejscowych rybaków. W końcu rybołówstwo to jedna z głównych gałęzi peruwiańskiej gospodarki.

A teraz zdradzę Wam sekret. Czytając relacje z odległych zakątków świata i oglądając cudowne zdjęcia, nie myślcie, że wszystko jest piękne i cukierkowe. Poniżej dwa zdjęcia tego samego fragmentu oceanu. Pierwsze, idealne z łodziami na skalistym wybrzeżu. Drugie zrobione kilka metrów dalej. Pełno śmieci i zaniedbane zabudowania. To także Peru.

Jak wiele krajów na świecie, Peru boryka się z olbrzymim problemem plastikowych opakowań. Zaśmiecone są plaże. Wiatr pędzi niezliczoną ilość torebek po pustkowiach. Kolczaste krzewy a zwłaszcza kaktusy wyłapują to przekleństwo współczesności i straszą nimi turystów.

Bogate w plankton i ryby wody Oceanu Spokojnego ściągają na wybrzeże rzesze ptaków. Tu spotkaliśmy nasze pierwsze pelikany. Ich kolor trochę wprowadził nas w błąd, a to były pelikany brunatne, bo takie żyją w Peru.

Wiele rzeczy robiliśmy lub widzieliśmy w Peru po raz pierwszy.

Południowe wybrzeże Peru mimo że piękne, nie wyglądało na zagospodarowane turystycznie. Pora roku nie sprzyjała kąpielom, więc plaże były puściutkie. Mijane hoteliki były zamknięte. Podobno w styczniu pogoda poprawia się i nad ocean ściągają miłośnicy surfingu.

Głośne burczenie w naszych brzuchach spowodowało, że spróbowaliśmy znaleźć restaurację. Oczywiście musiała to być restauracja rybna. Weszliśmy do jednej, w której pełno było miejscowych, zajadających najrozmaitsze ryby. Wybór był duży, rybki i inne owoce morza świeżutkie  a wszystko smakowało świetnie. Krab wystawiał swe szczypce z aromatycznej zupy. Po raz pierwszy próbowaliśmy ceviche, czyli surową rybę marynowaną w soku z cytryny, podawaną z cebulą i innymi warzywami wg. fantazji kucharza.Tradycyjne peruwiańskie danie, które podobno wymyślono z lenistwa, bo miejscowym kucharzom nie chciało się gotować. Pyszne, polecam.

Z powodu zapadających ciemności zaczęliśmy walkę z czasem. Droga biegnąca wzdłuż wybrzeża okazała się jedną z najgorszych, jaką jechaliśmy po Peru. Miejscami dziury w asfalcie spowalniały drastycznie naszą jazdę.  W pewnym miejscu, po jezdni chodziły kobiety, coś rozsypywały i dziwnie machały rękami. Nie od razu zorientowaliśmy się, że zasypują one dziury ziemią, a za swoją pracę oczekują zapłaty. 🙂

Do hotelu, w którym mieliśmy rezerwację, dojechaliśmy około 22. I tu po raz pierwszy w życiu okazało się, że nasza rezerwacja poprzez booking jest anulowana (z bookingu korzystamy już od wielu lat). Dlaczego? Właściciel hotelu nie potrafił nam wyjaśnić. Na szczęście, albo nieszczęście załatwił nam nocleg w hotelu znajomego. Totalna porażka. Hotel był brudny, zagrzybiony – syf, kiła i mogiła. Jakoś przetrwaliśmy noc a rankiem postanowiliśmy pojechać na plażę.

Plaża wzbudziła w nas ambiwalentne uczucia. Szeroka i piaszczysta okazała się totalnie zaśmiecona. Ale wśród odpadków zobaczyliśmy niezliczoną ilość ptaków. Wśród nich wyróżniały się sępniki różowogłowe z rodziny kondorów. Całe stado tych padlinożerców przemierzało ujście rzeki w poszukiwaniu pożywnych kęsków. Jak widać na zdjęciach z dobrym skutkiem.

Pożegnaliśmy brudną Camanę i skierowaliśmy się w stronę gór do Arequipy. Wzniesienia zatrzymywały wilgotne, morskie powietrze, które unosząc się ku górze, skraplało się tworząc chmuro-mgłę. Widoczność spadła do kilkudziesięciu metrów.

CDN.

Peru, wrzesień 2019

Tekst i zdjęcia Ewa Siwiecka