Marzenia się spełniają. Byliśmy w Peru!!! Właściwie to marzenie mojego męża, który jako nastolatek, z wypiekami na twarzy czytał książki Dankiena o kosmitach odwiedzających regularnie płaskowyż Nazca. Starożytne cywilizacje, o których bardzo mało wiemy, Inkowie używający technologii, których nie rozumiemy, Andy, dżungla, pustynia i egzotyczne zwierzęta – to wszystko czeka właśnie na nas oraz na tysiące innych turytów. Bo turystyka stała się jedną z głównych gałęzi gospodarki Peru.

Przygotowania do wyjazdu zajęły mi ponad rok. Ustalenie trasy i miejsc, które chcemy odwiedzić a przede wszystkim potwierdzenie, że da się to wszystko zrealizować wynajętym samochodem. Chcieliśmy mieć swobodę w poruszaniu się, aby móc w każdej chwili zatrzymać się, żeby zrobić zdjęcie lub mieć możliwość modyfikacji planu podróży. Na forach podróżniczych pełno było informacji, że podróż samochodem bez kierowcy to samobójstwo ponieważ:

– Drogi są fatalne. – Okazało się, że nie jest tak źle, większość odcinków była bardzo dobra, choć zdarzały gorsze fragmenty z wielkimi dziurami. Uciążliwe były wysokie progi zwalniające, przez które z trudnością przejeżdżały nasze mocno obciążone osobówki.

– Trzeba być przyzwyczajonym do prowadzenia samochodu na dużych wysokościach z powodu choroby wysokościowej. – Poza lekkim bólem głowy nic nam nie dolegało.

– Wszędzie stoi policja żądna łapówek. – Ilość spotykanej na drogach policji była mniejsza niż w Polsce. W jednej z miejscowość była potrójna blokada drogi, lecz funkcjonariusze po usłyszeniu, że jesteśmy z Polski, uśmiechali się i mówili „Polonia, Boniek, Wałęsa”. Rzeczywiście raz daliśmy łapówkę, gdy policjant przyłapał nas na jeździe bez świateł (co najmniej 1/3 samochodów jeździła bez włączonych świateł).

– Peruwiańczycy fatalnie jeżdżą. I to niestety jest prawda, ale nasi kierowcy spisali się na medal i całą 3400 km trasę pokonaliśmy bez kolizji.

W tym miejscu chcę bardzo podziękować Izie z Arequipy, która uspokoiła mnie, że całą trasę spokojnie zrobimy osobówkami. I tak się stało.

Dzień 0 – Lima.

Do stolicy Peru przelecieliśmy po południu. Cała nasza rodzina: ja, mąż i 2 synów. Wynajęliśmy zarezerwowany wcześniej samochód – Nissan Versa i pojechaliśmy do hotelu w dzielnicy Miraflores. Krótki spacer po Parque Central, mała kolacja i  powrót do hotelu, aby odespać trudy lotu.

Dzień 1 – droga do Nazca – 450 km.

Innym samolotem przyleciał do Limy nasz kolega, który prowadził drugi samochód – Toyotę Corollę. Postanowiliśmy spotkać się na wylotówce z Limy. Na mapie wybraliśmy niewielką miejscowość i sklep spożywczy, w którym mieliśmy zrobić zakupy. Kolega pierwszy dotarł na miejsce, ale zjazd z autostrady zagrodziła mu policja. Pytanie: dokąd i po co jedzie? – Proszę tu nie zjeżdżać, jest niebezpiecznie – stwierdziła władza. To był pierwszy i ostatni raz, gdy w Peru poczuliśmy zagrożenie. Nie sprawdzaliśmy, czy było ono realne, a nasze spotkanie odbyło się w zatoczce przy drodze.

Pogoda nas nie rozpieszczała, było pochmurno i wietrznie. Nic dziwnego, wrzesień to koniec peruwiańskiej zimy. Ale nas ciągnęło nad Pacyfik. Zjechaliśmy na puściutką plażę. Wielkie fale atakowały malownicze skały. Kilka zdjęć i w drogę.

Wybrzeża Peru obmywane są przez zimne wody Prądu Peruwiańskiego zwanego też Prądem Humboldta. Prąd ten powoduje oziębienie i wysuszenie klimatu wybrzeża. Znajduje się tu surowy obszar pustynny, znany z rajdu Dakar. Osoby, które nie interesowały się tym rajdem, niech nie zdziwi jego nazwa – rajd został przeniesiony w 2009 roku z Afryki do Ameryki Południowej.

Skały i piasek, to dwa elementy, które towarzyszą nam przez cały dzień. Na szczęście są też doliny, które dają odpoczynek oczom. Znajdziecie tu wszystkie odcienie zieleni. Jednak ważniejszą od estetyki jest możliwość produkcji rolnej, która daje żywność Peruwiańczykom. Jest to osiągalne dzięki liczącemu setki lat systemowi irygacyjnemu. W XVI w. Hiszpanie zaczęli uprawiać tu winorośl, która obecnie dominuje w okolicach Ica i Pisco. Gdy przyjrzymy się uważnie, zobaczymy plątaninę rurek nawadniających, która wspina się coraz wyżej na pobliskie wzgórza, umożliwiając powiększanie obszaru upraw.

Od nazwy miejscowości Pisco pochodzi narodowy napój pisco – alkohol wytwarzany z winogron. Bardzo popularny i SMACZNY jest napój na bazie pisco zwany pisco sour. Do jego sporządzenia wykorzystuje się sok z cytryny, cukier, białko jajka kurzego i lód oraz dodatki smakowe uzależnione od fantazji barmana.

Jeśli wyprodukowało się owoce, należy je sprzedać. Dlatego wzdłuż drogi znajdziemy liczne stragany oferujące świeżutkie, lokalne owoce. Ich wygląd nie wzbudza entuzjazmu, lecz smak rekompensuje wszystko. Mandarynki zaskakują słodyczą, banany mają aromat, jakiego nie znajdziecie w kupowanych w Polsce. Jest też cała masa egzotycznych, mniej znanych owoców: papaja, marakuja, granadilla, pepino, chirimoya i wiele innych. Ciekawym doświadczeniem było próbowanie tych specjałów.

Mamy też możliwość przyjrzenia się lokalnej zabudowie. Przy drodze stoją biedne, niewielkie domy, najczęściej z częścią usługową: sklepem lub warsztatem. Na drogach królują stare, poobijane samochody. W miastach popularne są trójkołowe tuk-tuki, które z desperacją wciskają się pomiędzy większe pojazdy.

Płaskowyż Nazca.

Droga Panamerykańska przecina Płaskowyż Nazca. Gdy była wytaczana, nie wiedziano, że niszczy ona genialne dzieło, jakimi są linie i rysunki ludzi kultury Nazca. Późnym popołudniem dotarliśmy do wieży widokowej znajdującej się tuż obok szosy. Z jej szczytu można zobaczyć dwa najbliżej znajdujące się rysunki: drzewo i ręce. Tuż dalej jest jaszczurka przecięta drogą. Wysokość wieży jest idealna, aby zobaczyć linie wytyczone na płaskowyżu.

Cena wstępu na wieżę widokową: 

dorośli: 4 sol,  dzieci i studenci: 2 sol.

W odległości niecałego kilometra od wieży, też przy drodze jest niewielkie wzgórze, z którego również można podziwiać linie. Jednak żadnego rysunku nie udało się nam wypatrzeć. Tuż obok parkingu jest śmieszna budka, która może sugerować, że bywa tu pobierana opłata, ale w czasie naszej wizyty nikogo nie było.

Do Nazca wrócimy jeszcze 12-go dnia naszej wyprawy i wówczas ci, którzy czują niedosyt obcowania z rysunkami, wybiorą się na lot nad płaskowyżem. Przelot można wykupić w jednym z biur podróży, my skorzystaliśmy z propozycji hotelu, w którym nocowaliśmy. Cena przelotu dla 1 osoby wyniosła 50 USD.

Tajemnica linii Nazca.

Na płaskowyżu Nazca, ale nie tylko, bo również na pobliskich płaskowyżach Palpa, Ingenio i Socos znajdują się linie proste o długości kilku kilometrów oraz figury geometryczne. Znajdują się tam również rysunki przedstawiające zwierzęta, rzadziej rośliny lub ludzi. Rysunki mają wielkość  kilkudziesięciu metrów, największe przekraczają 100 metrów. Paradoksalnie, są tak duże, że z poziomu ziemi nie sposób ich zauważyć. Dlatego zostały przypadkowo odkryte dopiero w 1926 w czasie lotu samolotem.

Autorami linii i rysunków są ludzie kultury Nazca, a stworzyli je pomiędzy 300 rokiem p.n.e o 900 rokiem n.e. Powstały poprzez rozgarnięcie warstwy kamieni i żwiru, aż do jaśniejszego podłoża. Ostatnio odkryte rysunki, tym razem na zboczach pobliskich wzgórz, dowodzą, że ludzie kultury Paracas już 2,5 tysiąca lat temu stworzyli pierwsze gigantyczne postacie.

Zagadką jest, w jakim celu ówcześni ludzie zadali sobie trud tworzenia tak gigantycznego dzieła. Teorii jest kilka i żadna nie jest do końca potwierdzona. Najczęściej mówi się, że rysunki i linie to:

1. Święte ścieżki, którymi podążali Indianie w czasie procesji.

2. Kanały nawadniające.

3. Gwiezdne kalendarze.

4. Boiska sportowe.

5. Lądowiska kosmitów.

Każda z teorii ma swoich zagorzałych zwolenników i przeciwników. Czy uda się jednoznacznie ustalić przeznaczenie linii, pokaże czas.

Wieczorem dotarliśmy do miejscowości Nazca. Ponieważ była niedziela, na głównym placu w najlepsze trwała fiesta. Grała muzyka, tańczono, raczono się piwem i innymi trunkami. My po raz pierwszy piliśmy pisco sour. Czuć było latynoski klimat tego peruwiańskiego miasteczka.

Po raz pierwszy zawitaliśmy do restauracji Chifas. Jest to sieć około 2000 lokali, stworzona przez Chińczyków, którzy przyjechali do Peru w XIX wieku. Smaki potraw są inspirowane kuchnią azjatycką, rozmiary mega wielkie, a ceny bardzo przystępne. Drugie danie kosztuje 8-15 soli. Dodatkową atrakcją było to, że jedzenie powstawało „na oczach” klientów.

 I tak dobiegł końca pierwszy dzień naszej egzotycznej wyprawy.

Peru, wrzesień 2019

Tekst: Ewa Siwiecka

Zdjęcia: Ewa i Krzysztof Siwieccy