Wjeżdżamy do Puno. Domy zbudowane byle jak, z byle czego. Okna bez firanek, często bez szyb straszą jak w wymarłym mieście. W dole błyszczą wody jeziora Titicaca. Chmury kłębią się na niebie, lecz zdaje się, że uciekliśmy burzom. Na razie.

Zjeżdżamy w kierunku centrum i tu pierwszy zgrzyt. Dosłownie. Droga nachylona jest pod takim kątem, że całe podwozie szura po betonie. Drugi samochód nawet nie próbuje zjeżdżać, szuka drogi o mniejszym nachyleniu. Za chwilę obcieramy zderzakiem, bo ulica gwałtownie wróciła do poziomu. Jedziemy wg. mapy google, aż tu niespodzianka: jezdnia kończy się schodkami, a 15 metrów niżej biegnie dalej. Spadochronu nie mamy, więc szukamy objazdu 😉

Po zameldowaniu w hotelu nadszedł czas na kolację i krótki spacer po mieście.

Jezioro Titicaca.

Jezioro Titicaca leży na wysokości 3812 m n.p.m. Jest najwyżej położonym jeziorem żeglownym dla dużych statków oraz największym wysokogórskim jeziorem na świecie. 

Nazwa jeziora wywodzi się z języka keczua i oznacza „puma polująca na królika”. Jeśli mapę jeziora odwrócimy do góry nogami, zobaczymy postać pumy, goniącą królika. Titi oznacza pumę, caca – królika. Prośba od miejscowej ludności aby wymawiać „Titikhakha” bo nie chcą, aby jezioro kojarzyło się z kupą pumy.

Jeszcze wieczorem wykupiliśmy jednodniową wycieczkę, zorganizowaną pod nasze potrzeby. Była to całodniowa wyprawa na wyspy Uros i Taquile prywatną łódką z przewodnikiem, transferem do portu i obiadem w cenie. Za całość zapłaciliśmy 300 USD a było nas 7 osób. Duża kwota, ale standardowe wycieczki nie do końca nam odpowiadały.

Raniutko do hotelu przyjechał przewodnik i zabrał nas do portu, gdzie cumowało kilkadziesiąt łódeczek. Aby dostać się na naszą, musieliśmy przejść po innych łodziach. Później prze kilkanaście minut próbowaliśmy wydostać się z portu, co w panującym chaosie nie było łatwe.

Wypływamy na wody jeziora. Dookoła nas rosną trzciny, wśród których prowadzą drogi na pełne jezioro. Oprócz nas z Puno wyruszają inne łodzie, pełne turystów upchniętych na dolnym i górnym pokładzie. My jedziemy luksusowo, tylko nasza siódemka, pilot i kapitan.

Wyspy Uros.

Ludzie z plemienia Uros uważają się za najstarszy naród na świecie, który zgodnie z legendą powstał przed pojawieniem się słońca. Twierdzą też, że nie mogą utonąć i zginąć od pioruna. Mają czarną krew i nie czują zimna. W tym ostatnim jest odrobina prawdy, gdyż naukowcy odkryli, że poprzez namnażanie się w ich organizmach większej ilości czerwonych krwinek niezbędnych do transportowania tlenu są bardziej odporni na zimno a ich krew jest ciemniejsza.

Lud Uros przybył nad jezioro w poszukiwaniu swojego miejsca do życia. Ponieważ nie chciał wojny z plemionami zamieszkującymi na brzegach zbiornika, zbudował sztuczne wyspy z trzciny i na takich wyspach zamieszkał.

W latach 60-tych zmarła ostatnia czystej krwi Indianka Uros. Współcześni mieszkańcy wysp mają domieszkę krwi innych plemion i posługują się językiem aymara. Obecnie pływających wysp na jeziorze Titicaca jest kilkadziesiąt, większość z nich znajduje się w pobliżu Puno. Około 2000 osób deklaruje swe pochodzie od Indian Uros, jednak na wyspach mieszka ich dużo mniej. Szacuje się, że liczba ta wynosi około 500.

Wyspy Uros – ludzkie zoo.

Trudne i tak odmienne od naszych warunki życia ludzi na pływających wyspach Uros sprawiły, że wszyscy turyści pragną obejrzeć niezwykłe wyspy i ich mieszkańców. Każdego dnia setki osób przypływają tu i oglądają życie Indian, wściubiając swoje ciekawskie nosy w każdy zakamarek. Takie ludzkie zoo.

Gdy łodzie z turystami pojawiają się obok wiosek, każda chciałaby ich ugościć. Więcej turystów to większy napływ gotówki. Na brzegu stoją Indianki i zachęcająco machają rękami. My płyniemy na rodzinną wyspę naszego przewodnika, gdyż okazało się, że jest on z plemienia Uros.

Na jednej wyspie mieszka kilka rodzin. Każda rodzina buduje swoje domy wokół centralnego placu. W tej chwili najważniejszą funkcją placu jest ugoszczenie turystów i opowiedzenie im o tym niezwykłym miejscu. Siadamy na ławeczkach i słuchamy młodego Indianina Uros, który w języku aymara opowiada nam historię swego plenienia. To brat naszego przewodnika a jego słowa zostają przetłumaczone na angielski.

Na placu jest makieta wyspy, aby lepiej zobrazować jej budowę. Indianie jeżdżą kilka a nawet kilkanaście kilometrów dalej i wycinają trzcinę z korzeniami. Bloki z plątaniną korzeni łączy się ze sobą i to stanowi trzon wyspy. Takie kloce unoszą się na wodzie i są w stanie utrzymać całą wioskę. Aby wyspa nie odpłynęła kotwiczy się ją do wbitych w podłoże długich pali z eukaliptusa. Na bazę z bloków układa się grubą warstwę trzciny, aby zrobić izolację od wody. Trzcina gnije od spodu, więc stale należy ją uzupełniać.

Chodząc po wyspie, można poczuć jej lekkie bujanie, odczuwalne szczególnie, gdy obok wyspy przepływa łódź.

Rosnąca tu trzcina nosi nazwę totora i jest wszystkim dla mieszkańców pływających wysp. Z niej budowane są wyspy. Z trzciny powstają domy oraz łodzie, którymi pływają Indanie. Jest również cennym składnikiem pożywienia. Trzcina totora wykorzystywana jest także jako lekarstwo. Bolące miejsca owija się nią, napar pije jako lekarstwo na kaca a zawarty w trzcinie jod zapobiega chorobom tarczycy.

Kiedyś wszystkie domy miały kształt stożków, dziś są one większe z pionowymi ścianami na planie prostokąta. Zbudowane są na dodatkowej, grubej warstwie trzciny.Te szpiczaste obecnie pełnią funkcję spiżarni i pomieszczeń gospodarczych. Każda rodzina za linią domów posiada większy budynek, który jest łazienką.

Na dachach łazienek oraz obok chat mieszkalnych zainstalowane są baterie słoneczne, co daje mieszkańcom możliwość oświetlenia wnętrz domów a niektórzy mają nawet telewizję.

Domy na Uros.

Mieszkańcy wysp zapraszają turystów do swoich domów. Nas ugościł chłopak, który opowiadał historię wyspy. W chacie mieszka razem ze swoim młodszym bratem. Domek jest maleńki, nie ma w nim żadnych mebli. Połowę powierzchni zajmuje materac na którym chłopcy śpią.  Nad tym prowizorycznym łóżkiem wisi makatka i obraz, i to jest koniec ozdób. Z powodu braku szafy, ubrania wiszą na haczykach na ścianach.

Wyobraźcie sobie, że w takich warunkach spędzacie całe życie.

Dużą ostrożność należy zachować podczas gotowania. Wszystko jest z trzciny, więc potencjalny pożar pochłonąłby wszystko w mgnieniu oka. Z tego powodu palenisko znajduje się na dużym kamieniu. W glinianych naczyniach Indianie Uros gotują to, co mogą złowić lub złapać: ryby i ptaki. Jadalny jest także miąższ ze środka trzciny totora.

Oprócz ludzi na wyspie mieszkają zwierzęta. Koty polują na szczury. Udomowione ibisy znoszą jajka a kormorany polują na ryby.

W „naszej” indiańskiej rodzinie było kilka małych dziewczynek. Ich kolorowe ubranka przyciągały wzrok. Dzieci pozostawione same sobie, zajmowały się młodszym rodzeństwem i wymyślały zabawy z tego, co miały pod ręką.

Starsze dzieci zapewne były w szkole, gdyż na jednej z pływających wysp funkcjonuje szkoła podstawowa. Codzienni rano przypływa tu nauczycielka z Puno i uczy dzieci. Aby kontynuować naukę na wyższym poziomie należy dotrzeć do pobliskiego Puno. W mieście jest nawet bardzo nowoczesny uniwersytet.

Zwykle czas używalności wyspy wynosi około 30 lat. Po tym okresie buduje się nową. Jednak wyspa na której znajduje się szkoła liczy 160 lat.

Turyści umożliwiają miejscowym zdobycie dodatkowego zarobku. W każdej wiosce rozłożone są stragany z pamiątkami. Można tu nabyć kolorowe makatki z wizerunkami Inkaskich bogów, poszewki na poduszki, gliniane naczynia, łódeczki z trzciny i całą masę innych drobiazgów. Dzięki wpływom ze sprzedaży mieszkańcy mogą kupować w Puno rzeczy, o których do tej pory mogli marzyć.

Dodatkową atrakcją są przejażdżki łodziami z trzciny. Duże zrobione są specjalnie dla turystów. Ciekawostką jest, że pod warstwą trzciny ukryte są puste, plastikowe butelki. Są też łódki mniejsze, nazywane romantycznymi łódkami. Nazwa wzięła się stąd, iż  młodzi ludzie wypływali na takich łódkach poza wieś w wiadomych celach.

Rozwój turystyki poprawił życie Indian Uros, ale czy powstrzyma ucieczkę młodych na stały ląd? Czy młode pokolenie będzie chciało mieszkać w tak spartańskich warunkach i wystawiać się na pokaz?

Czy warto jechać na wyspy Uros?

Sami musicie odpowiedzieć na to pytanie. Jest to miejsce, gdzie ludzie żyją w bardzo osobliwych i trudnych warunkach. Kultywują tradycje, które są żywe od stuleci. Jednak olbrzymia ilość turystów zmienia to miejsce i sprawia, że pobyt na wyspach jest mało autentyczny. Ja mam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony zobaczyłam w jakim ubóstwie i wilgoci żyją Indianie Uros, z drugiej miałam poczucie totalnej komercji.

[mappress mapid=”65″]

Pozostałe wpisy o Peru:

Tajemnicze linie Nazca. Peru – dzień 1.

Mumie szczerzą zęby na cmentarzysku Chauchilla. Peru – dzień 2.

Południowe wybrzeże Peru. Dzień 2.

Arequipa – białe miasto u stóp wulkanów. Peru – dzień 3.

Kanion Colca i Andy – królestwo lam, alpak, wikunii i olbrzymich kondorów.

Złowieszcze wieże cmentarne Sillustani. Peru – dzień 5.