W drodze do Sighisoary skręcamy w boczną, nieutwardzoną drogę. Droga wije się wśród pól. Jedziemy wolno uważając na dziury. Z przeciwka nadjeżdża wypasiona fura na niemieckich blachach. Za chwilę druga i kolejne. Co robią takie auta w tym miejscu?

Zagadka jest prosta, choć aby ją rozwiązać musimy cofnąć się do  XII w. Tereny te należały wówczas do Węgier i były napadane przez ludy mongolskie, tureckie i bałkańskie. Aby temu zapobiec król węgierski Geza sprowadził na te słabo zaludnione tereny Sasów oraz innych osadników niemieckich. Koloniści świetnie wywiązali się z zadania. Zaczęli budować murowane domy, pokryte dachówką, tak jak było to praktykowane w ich pierwotnej ojczyźnie. Okazali się zdolnymi rzemieślnikami. Nazwa Siedmiogród wywodzi się od niemieckiego słowa Siebenbürgen oznaczającego siedem warowni (Bystrzyca, Sybin, Kluż-Napoka, Braszów, Mediaş, Sebeş, Sighişoara), założonych przez Sasów. Aby lepiej bronić się przed napadami z południa i wschodu zaczęto budować warowne kościoły i zamki chłopskie. Takich budowli nie ma w innym miejscu Europy. Tylko w Rumunii możemy je podziwiać.

Dobrze, dobrze – powiecie- ale dlaczego na tej drodze jeździ tylu Niemców?

Ponieważ droga ta prowadzi do Viscri, wioski, która jeszcze  niedawno była zamieszkała przez ludność saską.

I tu przechodzimy do tragedii, jak dotknęła Sasów w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Przez osiem wieków żyli oni dostatnio w Siedmiogrodzie. Po I wojnie światowej większość z nich była zamożna i wykształcona. Sasi cieszyli się dużą autonomią, posługiwali językiem niemieckim i zachowali swoją odrębność kulturową. W czasie II wojny światowej duża część mężczyzn wstąpiła do armii niemieckiej. Już wtedy zaczęły odbywać się pierwsze wyjazdy rodzin pochodzenia niemieckiego do Niemiec. Masowa ucieczka nastąpiła w 1944 wraz z cofającą się armią Hitlera. Po wojnie nie było przymusowych wysiedleń do Niemiec, jak miało to miejsce w innych krajach. Niestety w 1945 wszyscy mężczyźni w wieku od 17 do 45 lat oraz kobiety od 18 do 30 lat zostali deportowani do ZSSR. Było ich ponad 75 tysięcy. W 1978 roku RFN zgodziło się na płacenie Rumunii 5 tysięcy marek za każdego wypuszczonego Niemca. Później kwota ta wzrosłą do 8 tysięcy. Jednak prawdziwy exodus nastąpił po upadku reżimu Ceauşescu. Po otworzeniu granic większość Sasów wyjechało. Ci co pozostali, to najczęściej ludzie starzy, którzy chcą umrzeć tam, gdzie się urodzili.

 

Viscri to przykład typowej wiejskiej zabudowy charakterystycznej dla obszarów zamieszkałych przez Sasów.  Dwa rzędy murowanych, podobnych do siebie domów. Budynki pokryte są czerwoną dachówka a ich dachy mają uciętą, pochyloną kalenicę. Podwórka od strony ulicy strzeżone są wysokimi murami, w których znajdują się bramy. Wszystko w intensywnych kolorach: niebieskich, zielonych, piaskowych. Zdumiewa bardzo szeroka ulica biegnąca środkiem wioski.

Jeszcze kilka lat temu wioska tak nie wyglądała. Domy rozpadały się, wiało smutkiem i beznadzieją. Co prawda, po wyjeździe Sasów osiedlili się tu Cyganie, lecz nie byli w stanie zatrzymać niszczenia domostw.

Do akcji wkroczyła fundacja Mihai Eminescu Trust (The MET) wspierana przez Karola Księcia Walii. Ratowanie Viscri jest jej sztandarowym dziełem. To dzięki działaniom fundacji blisko połowa domostw została w większym lub mniejszym stopniu wyremontowana. Posadzono drzewa, nawet leżące w środku wioski drewniane koryto powstało dzięki MET. Działania fundacji na tym się nie kończą. Wielką uwagę przywiązuje się do tego, aby w wioskę tchnąć życie. Organizowane są liczne warsztaty mające na celu naukę lokalnego rzemiosła. W wiosce powstały pensjonaty oferujące nocleg w autentycznych saskich izbach, w których znajdują się stare, ludowe meble. Działa restauracja. Jest nawet stajnia dla koni, aby turyści mogli z końskich grzbietów podziwiać okolicę. Książę Karol zakupił jeden z wyremontowanych domów, a pieniądze ze sprzedaży zostały przeznaczone na zainstalowanie ekologicznego systemu sanitarnego.

 

Wioska jest tylko dodatkiem, choć bardzo ciekawym, do kościoła. Kościoła warownego.

Pierwotnie w tym miejscu mieścił się mały kościółek romański zbudowany przez Szeklerów. Gdy Sasi osiedlili się w okolicy, przejęli kościółek i przebudowali go w większą, trzynawową, gotycką bazylikę. W celu obrony przed najeźdźcami kościól został otczony bardzo solidnymi murami. W XVII w. dobudowano 3 wieże obronne.

Po wewnętrznej stronie murów, pod spadzistym dachem mieszczą się pomieszczenia gospodarczo-mieszkalne. Prowadzą do nich drewniane schody i pomosty. To tu w razie najazdu wroga chowawali się okoliczni mieszkańcy. Turcy dwukrotnie splądrowali wioskę, ale nigdy nie udało im się zdobyć kościoła. Obecnie w pomieszczeniach tych można zobaczyć pamiątki po dawnych mieszkańcach: skrzynie, ubiory, narzędzia, pojemniki na żywność.

Każdy kościół warowny, więc ten także, miał swoją wieżę słoniny, czyli miejsce, gdzie gromadzone były zapasy  żywności na wypadek najazdu. Aby zapobiec kradzieżom wymyślono skomplikowany system pieczęci.

Po przekroczeniu bramy wejściowej, jeśli skręcimy na prawo, to pierwszą rzeczą na którą się natkniemy jest … słonina. Prawdziwa, pachnąca, ze śladamy po ptasich dziobkach, więc na pewno dobra.

Kościół w Viscri w 1999 roku został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Stan w jakim zastajemy te miejsce jest również w dużej mierze zasługą fundacji MET. Ciekawe, kto powiesił słoninę?

I tu dochodzimy do paradoksu turystyki. Te ciche, trochę zapomniane miejsce z roku na rok staje się coraz bardziej popularne. Gdy jechaliśmy do wioski trwały prace nad modrnizacją drogi. Gdy za rok będziecie chcieli pojechać do Viscri, zapewne będzie do niej prowadziła ruwniutka, asfaltowa droga. Powstaną kolejne pensjonaty, restauracje i cała infrastruktura turystyczna. Ale czy wieś nie utraci swego uroku? W jakiejś mierze na pewno. Taka jest cena, jaką się płaci za popularność.

Dlatego właśnie, mijaliśmy tyle samochodów z Niemiec. Ich pasażerowie przyjeżdźają tu, aby po raz ostatni zobaczyć miejsce, gdzie się urodzili. Przyjeżdźają zainspirowani opowieściami rodziców lub dziadków. Przyjeźdżają aby poznać ziemie, które przez stulecia były domem dla setek tysięcy osób pochodzenia niemieckiego.

A duchy Sasów uważnie śledzą, jak wszystko się zmienia.

Rumunia, lipiec 2018

Tekst: Ewa Siwiecka

Zdjęca: Ewa i Krzysiek Siwieccy