Chivay – Sillustani – Puno – 280 km.

Ranek przywitał nas piękną pogodą. Do dużej wysokości już się przyzwyczailiśmy. Jedziemy dalej przez Andy w kierunku jeziora Titicaca. Po drodze zwiedzamy prastare miejsce pochówku Indian – Sillustani.

Z dna kanionu Colca wspinamy się (czytaj wjeżdżamy), znanymi nam już z dnia poprzedniego, serpentynami na płaskowyż. Otaczają nas szczyty wulkanów. Cisza i spokój zaprzeczają drzemiącej w ziemi mocy, która w każdej chwili może zbudzić się poprzez wybuch uśpionych gigantów.

Mijamy kolejne stada lam i alpak. Z entuzjazmem równie wielkim jak wczoraj, lecz mniejszą częstotliwością robimy zdjęcia. Jak niewiele trzeba tym zwierzętom do życia – wystarczą nieliczne kępki zeschłej trawy.

Droga wiedzie obok bajowego jeziora Lagunillas, położonego na wysokości 4174 m n.p.m.. Spotykamy tam kolejne egzotyczne ptaki – flamingi. Tych różowych jest bardzo mało, przeważają flamingi białe, brodzące w płytkiej wodzie w poszukiwaniu pożywienia.

To już piąty dzień naszej podróży, w czasie której często spotykamy robotników modernizujących drogi. Ich ubiór kojarzy się z wojną biologiczną, gdyż starają się ukryć każdy centymetr swego ciała. Buzie szczelnie zasłonięte chustami, na oczach okulary przeciwsłoneczne, na dłonach rękawiczki. Całości dopełniają wodoodporne, odblaskowe kombinezony.

Przy drodze napotykamy dziwną instalację. Manekin w kurtce, jaką noszą robotnicy drogowi z maską na twarzy. Wpatruje się w monitor. Dookoła butelki z piciem, jedzenie w foliowej torebce, miska. Co to ma znaczyć, nie wiemy. Czy to symboliczny grób? A żywność to wyprawka na drogę do lepszego świata? Pozostaje to dla nas intrygującą zagadką.

Zjechaliśmy z asfaltu. Krajobraz zrobił się bardziej rolniczy, pojawiły się zabudowania. Gliniane krzywe ściany przykryte byle czym, kawałkiem blachy lub słomą. Bardziej dla zwierząt, niż dla ludzi. Rozrzucone miski, suszące się ubrania.

Sillustani – otoczenie.

Polna droga rozświetlona promieniami słońca prowadzi przez pola i łąki. Z prawej strony ściana ciemnych chmur. Błyska się, idzie burza. Z lewej to samo, a my jedziemy w świetlistym tunelu. Czy burze przejdą bokiem? Czy uda nam się zobaczyć wieże Sillustani?

Nagle naszym oczom ukazuje się sielski obrazek, jeden z najpiękniejszych jakie widzieliśmy w Peru. Na tle granatowego nieba wyrasta piaskowe wzgórze z ledwo widocznymi wieżami a przed nim mieni się płytkie jezioro. Woda ma dwa kolory: ciemno niebieski i zielony od rosnących w nim wodorostów. W jeziorze zanurzone po łby, ospale brodzą krowy, zjadając soczystą roślinność. Lepsze to od wyschniętej trawy. Krów pilnuje Indianka w kapeluszu, z robótką w ręku.

Obok jeziora przepiękne chatki zbudowane z równo dopasowanych kamieni. Z takiego samego materiału zrobiony jest mur i brama. Budynki przykrywa trawa. Psy głośno ujadając bronią swoich domostw, lamy przeciwnie, spokojnie przeżuwają. Po obejściu krzątają się gospodarze. Tak pewnie wyglądała wieś 500 lat temu, tak wygląda i dziś.

Wieże cmentarne Sillustani.

Kupujemy bilety za 15 soli od osoby, zostawiamy samochody i wspinamy na wzgórze. Chmury są coraz bliżej, wieje porywisty wiatr, z rzadka niebo rozświetlają błyskawice. Za wzgórzem ukryte było krystalicznie czyste jezioro Umayo. Cały czas znajdujemy się wysoko – około 4000 m n.p.m.

Na półwyspie otoczonym wodami jeziora wznoszą się okrągłe wieże, zwane chullpas. Najstarsze pochodzą z IX w. najmłodsze, zbudowane przez Inków z XV w. Konstrukcje są wysokie, najwyższa wieża ma 12 metrów.  Zbudowane z dużych, ociosanych kamieni, spasowanych bez użycia zaprawy. Wieże mają niewielkie wejścia skierowane na wschód, tam gdzie Matka Ziemia rodzi Słońce.

W środku wież a także pod nimi grzebane były zwłoki bogatych Indian. Często całe rodziny razem. Ciała układano w pozycji embrionalnej. Do grobowców wkładane były przedmioty i jedzenie na drogę w zaświaty. Większość wież została splądrowana przez rabusiów, jednak w jednej naukowcy natrafili na ozdoby ze złota, które można oglądać w muzeum w Puno.

Półwysep Sillustani posiada szczególną energię, która przez wieki dostrzegana była przez Indian. Może sprawiła to nadciągająca burza, ale my także ją wyczuwamy.

Zostawiamy za sobą magiczny półwysep z wieżami i uciekamy przed burzą w kierunku Puno.

[mappress mapid=”64″]

Pozostałe wpisy o Peru:

Tajemnicze linie Nazca. Peru – dzień 1.

Mumie szczerzą zęby na cmentarzysku Chauchilla. Peru – dzień 2.

Południowe wybrzeże Peru. Dzień 2.

Arequipa – białe miasto u stóp wulkanów. Peru – dzień 3.

Kanion Colca i Andy – królestwo lam, alpak, wikunii i olbrzymich kondorów.

Złowieszcze wieże cmentarne Sillustani. Peru – dzień 5.

Peru, wrzesień 2019

Tekst: Ewa Siwiecka

Zdjęcia: Ewa i Krzysztof Siwieccy